Przez wiele lat Polska była głownie widzem programów zbrojeniowych, zwłaszcza unijnych, co często spotykało się z krytyką. W ostatnim czasie przestaliśmy być państwem, które musi dołączać do cudzych programów, ponieważ sami z rozmachem budujemy cenne zdolności, często szybciej, taniej i skuteczniej niż ma to miejsce wielonarodowych projektach. Są jednak sytuacje, w których warto pójść na współpracą, by szybko lub w ogóle uzupełnić konkretne braki.
Polska przez lata była poza europejskimi i NATO-wskimi projektami. Decydowała polityka oraz brak pieniędzy. Słabo wykorzystywaliśmy też nadarzające się okazje. Mimo propozycji nie przystąpiliśmy choćby do programu Joint Strike Fighter (JSF) - budowy myśliwca 5. generacji F‑35, który ruszył w 2001 r., kiedy samolot Lockheed Martina wybrano jako zwycięzcę konkursu na myśliwiec 5. generacji. Dziś widać, że był to błąd strategiczny.
Państwa, które weszły do programu JSF jako partnerzy (Wielka Brytania, Włochy, Holandia, Australia, Kanada, Dania, Norwegia i Turcja), zyskały dostęp do technologii, miejsca pracy, transferów przemysłowych i preferencyjnych warunków zakupu. My kupujemy F‑35 jako klient eksportowy, płacąc pełną cenę, bez udziału w produkcji i bez udziału w zyskach.
Podobne było z programami unijnymi. Swoje formaty budował Berlin, Paryż, a Warszawa albo nie była do nich zapraszana albo sama nie chciała uczestniczyć. Przykładem program ESSI (European Sky Shield Initiative) - niemiecka inicjatywa z 2022 r. budowy tarczy obrony powietrznej dla Europy. Program od początku budził kontrowersje.
Niemcy promowały własne systemy (IRIS‑T SLM, Arrow 3), czemu Francja była przeciwna, bo nie było w programie ich rakiet, do tego program nie miał jasnej struktury finansowej, nie było technologii, ani wspólnego dowodzenia czy harmonogramu. Jak pisał Politico - ESSI jest bardziej projektem politycznym niż technicznym.
Po dwóch latach czekania przystąpiliśmy ostatecznie do tego programu w 2024 r. I nie była to przypadkowa decyzja. Wręcz symboliczny moment, który pokazał, że Polska wchodzi do gry w tym programie, ale na własnych warunkach, z własnymi systemami, własną produkcją i wizją bezpieczeństwa, która nie jest kopią niemieckiej.
Polska buduje największy program obrony przeciwlotniczej (OPL) w Europie. Podpisaliśmy gigantyczne kontrakty na zakup systemów przeciwlotniczych i przeciwrakietowych średniego zasięgu Patriot PAC‑3 MSE w programie Wisła, wyrzutni z rakietami CAMM i CAMM-ER dla programu rakiet bliskiego/średniego zasięgu Narew i Pilica+, z radarami P‑18PL, Sajna, Bystra.
Udział Polski w wybranych koalicjach ma strategiczny sensDo ESSI Polska nie musiała wchodzić, ale robiąc to daliśmy Unii Europejskiej i NATO jasny sygnał – wkraczamy do europejskich formatów nie jako outsider, ale kluczowy partner, który współtworzy europejską obronność.
Jeśli idzie ostrożność co do współpracy w ramach unijnych programów obronnych, to nie bez znaczenia były złe doświadczenia z ich realizacji. Współpraca w dużych programach europejskich, która miała być szansą na realne korzyści państw biorących w niej udział, w praktyce często była blokowana lub zdominowana przez interesy Berlina i Paryża.
Będziemy mieli 290 wyrzutni Homar-K i 10 tys. rakiet do nich. Przygotowujemy się do produkcji niektórych w Polsce, fot. MONSpektakularnymi tego przykładami jest program europejskiego czołgu MGCS – projektu, który od 2017 r. nie wyszedł poza fazę koncepcyjną, bo utknął w sporach o podział prac między Niemcami a Francją. Przez 9 lat nie opracowano nawet wspólnego prototypu i obecnie nie wiadomo, czy w ogóle ten czołg powstanie, bo Niemcy chcą budować własną konstrukcję.
Tymczasem Polska rozwinęła własne programy pancerne, m.in. zakup i polonizację czołgów K2, która pozwoli na budowę własnego czołgu szybciej, niż w programie MGCS. Już mamy najwięcej czołgów pośród armii NATO w naszym regionie, a za 2 lata będziemy produkować czołgi K2PL w kraju.
Do tego produkujemy Borsuka, własny bojowy wóz piechoty (BWP), który mimo opóźnień i problemów i tak nie ślimaczy się jak europejski EuroBWP. Tak potoczne określenie programu, który miał zbudować następcę obecnych europejskich konstrukcji (Puma, CV90, ASCOD, VBCI). Program utknął w martwym punkcie, bo Niemcy chcą ciężkiego BWP jak Puma, Francja lżejszego – jak VBCI, a Hiszpania i Włochy mają własne projekty ASCOD i Freccia. Nie ma też zgody co do podziału prac – Airbus, KNDS, Rheinmetall, Nexter i Leonardo rywalizują o rolę lidera.
W tym czasie Polska zbudowała, zakończyła testy i rozpoczęła produkcję Borsuka, integrując go z polskimi systemami, jak Topaz, Fonet czy bezzałogową wieżą ZSSW‑30. Rozwijane są wersje specjalistyczne tego wozy, m.in. dowodzenia czy medyczna. W praktyce oznacza to, że Polska ma realny BWP, a Europa projekt papierowy, a nie techniczny.
Podobnie wygląda projekt Eurodrone, wspólny program Niemiec, Francji, Włoch i Hiszpanii, którego celem jest stworzenie europejskiego, średniodystansowego drona klasy MALE do misji rozpoznawczych i uderzeniowych. Program wystartował w 2015 r., produkcje planowano w 2020 r., a rzeczywistość wygląda tak, że w 2026 r. nadal brak seryjnych dostaw. Według Reutersa Eurodrone jest opóźniony o sześć lat, a koszty wzrosły o 40 proc.
Polska wejdzie do programu myśliwca 6. generacji?To samo można powiedzieć o europejskim programem budowy samolotu 6. generacji FCAS, który miał być odpowiedzią na amerykański F‑35. Tymczasem od 2018 r. nie ma nawet wspólnej definicji tego systemu. Niedawno Die Welt poinformował, że FCAS jest opóźniony o co najmniej 10 lat. W rezultacie projekt europejskiego samolotu nowej generacji, który miał być przełomem, stoi dziś na krawędzi rezygnacji.
Partnerzy od lat nie mogą uzgodnić, kto ma projektować płatowiec, kto ma projektować systemy stealth, kto ma kontrolować oprogramowanie. Podobnie jak w innych programach.
Były inspektor Sił Powietrznych gen. pil Tomasz Drewniak uważa jednak, że - wyciągając wnioski z doświadczeń z samolotem F- 35 - Polska powinna przystąpić do programu budowy nowego myśliwca.
Polska powinna uczestniczyć w programie europejskiego myśliwca nowej generacji, bo tylko udział w takim przedsięwzięciu daje dostęp do technologii, których nie kupuje się „z półki”, kompetencji przemysłowych i realnych korzyści dla gospodarki, zapewniając miejsca pracy i udział w produkcji, tak jak stało się w przypadku partnerów F‑35 - mówi WNP gen. Drewniak.
Uważa, że chroniłoby to nas przed sytuacją, w której Polska jest tylko klientem eksportowym, jak przy F‑35, i pozwoliło na rozwój własnych zdolności w sztucznej inteligencji (AI), sensorach, oprogramowaniu i integracji systemów, które będą kluczowe w 6. generacji.
Nie każda koalicja jest dla Polski, ale ta antybalistyczna może być kluczowaChoć nieraz nie ma sensu, byśmy wchodzili we wszystkie programy europejskie, zwłaszcza kiedy są one jedynie na papierze. Nie może to być jednak jakąś zasadą.
Polska zbudowała własny nowoczesny pływający bojowy wóz piechoty Borsuk, który już trafił do wojsk, fot. Włodzimierz KaletaW połowie lipca 2026 r. grupa państw zachodnich - Danii, Francji, Niemiec, Włoch, Holandii, Norwegii, Hiszpanii, Szwecji, Ukrainy i Wielkiej Brytanii poinformowała, że zawiąże koalicję z Ukrainą w celu rozwijania zdolności antybalistycznych. Wołodymyr Zełenski mówił o udziale tzw. koalicji chętnych w projekcie ukraińskiego systemu przeciwrakietowego Freya, rakietowych systemów zwalczania pocisków balistycznych, będących odpowiednikiem systemu Patriot, ale skala produkcji miałaby być większa, a ich ogólny koszt niższy.
Część mediów podniosła alarm, że Polska nie znalazła się w tej koalicji. Podobno nie chciała nas w niej Ukraina. - W przypadku koalicji antybalistycznej mamy koalicję o charakterze przemysłowym, zgłaszały się firmy z tych państw, które są gotowe wnieść swój potencjał do tej koalicji. Jeśli chodzi o polskie przedsiębiorstwa, analizują swoje możliwości. Koalicja ma charakter otwarty - wyjaśniał premier Donald Tusk.
Czy jednak udział Polski w tej koalicji ma sens, skoro Polska buduje swoją obronę przeciwrakietową w oparciu o sprzęt amerykański i brytyjski? Wydaje się, że akurat brak Polski w tym gronie, choć nie do końca przesądzony, nie wygląda dobrze. Będziemy wprawdzie produkować w kraju amerykańskie rakiety Barracuda 500 o zasięgu prawie 1000 km, a także pociski do polskich wyrzutni artylerii rakietowej Homar-K, ale to dopiero zdobywanie ostróg przez nasz przemysł w produkcji systemów rakietowych.
Tymczasem tuż za naszą granicą mamy Ukrainę, potencjalnego partnera technologicznego, który udowodnił, że w czasie wojny potrafi tworzyć rozwiązania skuteczniejsze niż te, które Europa projektuje od dekady na papierze. Kijów ma dziś jeden z najbardziej doświadczonych przemysłów dronowo-rakietowych na świecie, rozwijający się w tempie, którego nie osiągnęły Niemcy, Francja ani żaden program europejski.
Współpraca z Ukrainą w dziedzinie obrony powietrznej i systemów bezzałogowych może przynieść konkretne korzyści. Kijów ma dziś realne osiągnięcia. Polska - z własnymi kompetencjami w budowie takich systemów jak FlyEye, Warmate, Topaz czy Fonet - mogłaby w takim partnerstwie zyskać dostęp do doświadczeń bojowych, których nie ma żadna armia NATO poza USA. Tylko czy w obecnej komplikującej się sytuacji politycznej taka bliska współpraca jest jeszcze możliwa?
Polska nie musi być w każdym europejskim programie czy projekcie, zwłaszcza kiedy istnieje on tylko na papierze. Sami rozwijamy swoje zdolności bojowe w tempie i na skalę, o której wielu naszych sojuszników wciąż może tylko marzyć. Jednak współpraca z Ukrainą w zakresie technologii i doświadczeń dronowo-rakietowych może pozwolić nam bardzo szybko uzupełnić konkretne braki. Lepszej alternatywy możemy nie mieć.