Ostanie lata są przełomowe dla polskiej armii, jeśli chodzi o bezzałogowe statki powietrzne (BSP) czy systemy antydronowe. Według generałów NATO Polska staje się jednym z kluczowych państw w budowie odporności Sojuszu na te zagrożenia. To cieszy, bo sojusznicy wciąż rzadko patrzą na Warszawę, jak na laboratorium zdolne do generowania wiedzy, procedur i technologii stających się standardem NATO. Byłoby jednak niedobrze, gdybyśmy uznali, że zrobiliśmy już wszystko, by cieszyć się sukcesami.
W ostatnich latach zbudowaliśmy największy w historii program dronowy Wojska Polskiego, który stanowi jeden z filarów modernizacji armii. Składają się na niego kontrakty warte miliardy złotych na systemy rozpoznawcze, uderzeniowe i amunicję krążącą - poczynając od Bayraktarów TB2, przez polskie FlyEye i Warmate, aż po strategiczny Gladius wart 2 mld zł.
Do tego w 2025 r. uproszczono i przyspieszono procedury testowania oraz wdrażania bezzałogowców i systemów antydronowych w polskiej armii, co pozwoliło rodzimym producentom na bardziej bezpośrednie zgłaszanie oraz testowanie dronów i systemów antydronowych w Siłach Zbrojnych.
Tyle teorii. W praktyce twórcy tych systemów twierdzą, że wciąż wiele problemów jest do rozwiązania. Tak wynika m.in. z wypowiedzi producentów.
- To dobra inicjatywa, ale na razie pozostaje przede wszystkim intencją. Przepustowość tej procedury jest zbyt niska, by realnie miała duże znaczenie. I nie przekłada się to na realne i szybkie działanie - mówił naszemu portalowi Marcin Szender, prezes MSP InnTech. Jego zdaniem to rezultat ciągłego braku odwagi, zaufania do polskiego kapitału i polskich firm.
Dlatego producenci - zwłaszcza firmy prywatne, które wciąż liczą na zapewnienie MON o równouprawnieniu przy przetargach z firmami państwowymi - postulują, by decydenci mieli więcej odwagi i zaufali polskiemu kapitałowi oraz producentom, "zamiast iść wygodną drogą wskazywaną przez grupy lobbystów".
- Inaczej polski przemysł nigdy nie pójdzie przemysłowo do przodu i nie zrobimy niczego wartościowego w Polsce - mówił WNP Janusz Michalcewicz, prezes Eurotechu.
Wielowarstwowy system rośnie, lecz armia nadal czeka na realne zdolności antydronoweTakim systemem, wykorzystującym głównie elementy produkowane przez krajowy przemysł obronny, jest program antydronowy San - wielowarstwowy komponent obrony powietrznej Wojska Polskiego bardzo krótkiego zasięgu, zaprojektowany do zwalczania bezzałogowych statków powietrznych oraz celów naziemnych i śmigłowców na dystansach od około 800 m do ponad 5 km, a także dronów, zwłaszcza małych, nisko lecących i trudnych do wykrycia.
W systemie mają znaleźć się między innymi sensory radiolokacyjne, jak mobilne radary, np. polskiej firmy APS FieldCTRL Ultra i FieldCTRL Follow, polskie zdalnie sterowane systemy artyleryjskie armaty kalibru 30 i 35 mm, wielolufowe karabiny maszynowe kalibru 12,7 mm - jak tzw. Potwór z Tarnowa - systemy dowodzenia i kierowania oraz bezzałogowe platformy przeznaczone do przechwytywania wrogich dronów.
Ale są w nim też elementy zagraniczne, jak radary Xenta-M duńskiej firmy Weibel, odpowiedzialne za wykrywanie celów oraz systemy rozpoznawania swój-obcy (IFF), pociski rakietowe kalibru 70 mm APKWS (Advanced Precision Kill Weapon System), zintegrowane z wyrzutniami dostarczonymi przez norweski koncern Kongsberg.

System San jest bez wątpienia ważny, ale nie na tyle, by rozwiązać do końca problemy obrony antydronowej wojska. To system przeznaczony głównie do ochrony posterunków, baz i obiektów krytycznych dla Tarczy Wschód, a nie do pełnoskalowej obrony wojsk operacyjnych w ruchu.
Dlatego nawet jego szybkie wdrożenie nie zastąpi szerokich potrzeb zdolności antydronowych, których armia potrzebuje na poziomie taktycznym, operacyjnym i strategicznym. Nie brak obaw, że budowa tak wielkiego programu, "wyciszy" zamówienia na inne systemy antydronowe.
Polska wciąż testuje, zamiast kupować. Antydronowa luka rośnie szybciej niż zagrożenieTen system ma tę zaletę, że bazując na dobrych rozwiązaniach radarowych i rozpoznawczych, walki elektronicznej oraz rakietach, działkach i innych efektorach, ma możliwość rozbudowy o dodatkowe elementy. Na dziś jest on kompleksowy, ale pracujemy nad tym, żeby dostarczać kolejne systemy antydronowe - uspokajał podczas prezentacji programu wiceminister aktywów państwowych Konrad Gołota.
Na razie jednak tego nie widać. Wojsko podchodzi do zakupu systemów antydronowych tak, jakby do końca nie wierzyło, że zagrożenie jest już tu, a nie w przyszłości, zaś polskie systemy antydronowe nie są gorsze od oferowanych z zagranicy. Od lat słyszymy, że systemy dronowe i antydronowe polskich firm są testowane na poligonach i, jak podało niedawno MON, większość z przetestowanych rozwiązań zakończyło się powodzeniem. Jednak rezultaty tych testów nie przekładają się na zamówienia.
- Uczestniczyłem w wielu debatach, jak poważnym obecnie zagrożeniem są drony i dlaczego tak ważne jest posiadanie systemów do ich zwalczania. Tak, to ważne. Kropka. Nie ma już potrzeby powtarzania tej prawdy w nieskończoność. Trzeba się spiąć i zrobić wszystko, by to zagrożenie ograniczyć. Mamy w Polsce świetnych fachowców, inżynierów oraz niezbędne technologie. Wystarczy tylko z nich skorzystać - twierdzi Piotr Żelazek, dyrektor operacyjny firmy Hertz News Technologies, jednej z kluczowych firm działających m.in. w obszarze systemów antydronowych.
Wciąż jednak chętniej wybieramy zagraniczne systemy antydronowe. Przykładowo, w programie San najważniejszym obecnie orężem antydronowym jest amerykański system MEROPS, przekazany nam przez siły zbrojne USA. Służba Graniczna kupiła systemy antydronowe chińskiej produkcji.
W tle krążą opinie o wpływie różnych grup interesów, które od lat próbują przepchnąć własne rozwiązania, blokując szybkie decyzje. Efekt tego jest taki, że zamiast dużych zamówień, mamy kolejne komunikaty MON mówiące o testach, sprawdzaniu kolejnych konfiguracji i analizie możliwości polskich systemów i… na tym się kończy.
To opóźnia wyposażenie wojska w systemy antydronowe, których będziemy potrzebować w ogromnych ilościach. Trudno będzie zwiększyć ich produkcję „na wczoraj” w razie nagłego zagrożenia. Czy będziemy je wtedy sprowadzać z zagranicy?
Kolejne-WARMATE, fot. Grupa WB- Za jakiś czas każdy żołnierz będzie miał w kieszeni lub plecaku przynajmniej jeden bezzałogowy statek powietrzny, podobnie jak urządzenie czy jakiś system walki z dronami przeciwnika. Drony i systemy walki z nimi staną się powszechnym, indywidualnym wyposażeniem, takim jak obecnie jest karabin. To nieunikniony kierunek, który zupełnie zmieni przyszłe pole walki - twierdził w rozmowie z WNP gen. Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego i były wiceminister obrony narodowej.
Żeby była jasność. Specjaliści nigdy nie powiedzą, że takie testy nie są potrzebne - choć nie dotyczą zagranicznego uzbrojenia, które kupujemy - ale w żadnym razie nie zastąpią zakupów. Do tego w takim układzie zawsze będziemy kupować historię.
- Bezzałogowe statki powietrzne starzeją się po wielokroć szybciej niż czołgi czy samoloty. Dlatego najnowocześniejsze systemy antydronowe po pół roku czy kwartale nie są już adekwatne do nowych zagrożeń dronowych i wymagają pilnej modernizacji. Ta karuzela wciąż się kręci, a nawet nabiera szybkości. Nie trzeba nikogo przekonywać, że w przypadku polskich systemów modernizacja będzie znacznie łatwiejsza, niż przy zagranicznych. Odwlekając zakupy dronów czy systemów antydronowych, zawsze będziemy później kupować historię - mówi WNP, przypominając doświadczenia z wojny w Ukrainie, Piotr Żelazek.
Drony trzeba kupować szybciej, niż zdążą się zestarzećPodobne wnioski znalazły się w raporcie Polskiego Funduszu Rozwoju, dotyczącym potencjału produkcji start-upów w zakresie pojazdów bezzałogowych, wydanym pod koniec 2025 r., w którym autorzy wskazują wprost, jak rozwiązać problem; nawet jeśli część polskich prototypów nie odpowiada najnowszym standardom współczesnej wojny dronowej.
Wojsko powinno kupować drony podobnie jak systemy antydronowe, zakładając świadomie, iż nawet najnowocześniejsze z nich za kwartał, może nawet miesiąc, będą wymagały modernizacji. Ciągłe odwlekanie zamówień, czekanie, aż polskie firmy wymyślą i wyprodukują przełomowe systemy antydronowe, które będą długo i skutecznie zwalczać drony, oraz podadzą je wojsku na tacy, jest mało prawdopodobne - podkreślono w raporcie.
Praktyka wciąż jednak odbiega od teoretycznych przekazów specjalistów i analityków. Właśnie wojsko rozpoczęło kolejny nabór wniosków od producentów i dostawców bezzałogowych platform powietrznych przeznaczonych do zwalczania innych dronów. Tym razem szuka lekkiego drona przechwytującego, zdolnego autonomicznie wykrywać, śledzić i niszczyć wrogie bezzałogowce w formule „wystrzel i zapomnij”, zarówno w dzień, jak i w nocy. Zgłoszenia można przesyłać do 31 lipca tego roku.
W rezultacie wojsko ma obecnie na wyposażeniu jedynie ok. 14 systemów antydronowych SKYctrl polskiej firmy APS (Advanced Protection Systems) z Gdyni, które kupiło w 2022 r., wyposażonych w radary do wykrywania i neutralizacji bezzałogowców. Nie dotyczy to najnowszego systemu antydronowego San, w którym APS wraz z norweskim Kongsbergiem ma wielomiliardowy kontrakt na dostawy elementów do tego systemu.
Infrastruktura krytyczna wreszcie może się bronićJak się wydaje, na razie ciągle mamy czas na zakończenie procedur zakupowych i ogłoszenie kolejnego sukcesu - wprowadzenia na uzbrojenie systemu antydronowego polskiej firmy. Tyle że potrzeby w tym zakresie są ogromne. Takich systemów potrzebują nie tylko żołnierze, ale również operatorzy zajmujący się ochroną infrastruktury krytycznej, też samorządowcy czy organizatorzy imprez masowych.
Tych długo krępowały przepisy utrudniające lub nawet uniemożliwiające wykorzystanie broni antydronowej do ochrony infrastruktury krytycznej. Można było wystartować dronem spod płotu i spowodować np. uszkodzenie zbiornika amoniaku w zakładzie czy skazić wodę lub fotografować bezkarnie z dronów samoloty podchodzące do lądowania, co groziło katastrofą.
Według ekspertów infrastrukturę krytyczną, której wartość w Polsce wyliczono na ok. 3 bln zł, można było skutecznie unieszkodliwić środkami wartymi ułamka tej wartości. Teraz nie będzie to już tak łatwe. Od 26 czerwca 2026 r. operatorzy infrastruktury krytycznej w Polsce mogą legalnie korzystać z urządzeń zakłócających sygnał radiowy. Wcześniej, w przypadku nieautoryzowanego drona nad obiektem strategicznym, musieli czekać na interwencję służb. Teraz sami będą mogli natychmiast przerwać łączność z intruzem.
To jedna z najważniejszych zmian wprowadzonych nowelizacją ustawy o zarządzaniu kryzysowym, która ma wzmocnić zdolność państwa do szybkiego reagowania na zagrożenia ze strony bezzałogowych systemów - nie tylko powietrznych, ale także lądowych i pływających. Czy przepisy te sprawią, iż biurokratyczna opieszałość, problemy z masowymi zakupami systemów dronowych i ich wykorzystaniem w wojsku oraz w służbach cywilnych wreszcie znikną?
- Aby zrealizować ten cel potrzebujemy zbiorowej świadomości na wszystkich szczeblach zarządzania bezpieczeństwem publicznym, również w przestrzeni cywilnej. Wymaga to zbudowania zintegrowanego systemu ochrony ludności na każdym poziomie, począwszy od samorządów, poprzez administrację centralną, aż po służby odpowiadające za bezpieczeństwo państwa - konkluduje Piotr Żelazek.