Inwestycje potrzebne dla bezpieczeństwa i sprawnego funkcjonowania państwa często spotykają się z lokalnym sprzeciwem. Dlaczego mieszkańcy mówią „tak, ale gdzie indziej” i jak rozwiązać ten konflikt?
Inwestycje potrzebne dla bezpieczeństwa i sprawnego funkcjonowania państwa często spotykają się z lokalnym sprzeciwem. Dlaczego mieszkańcy mówią „tak, ale gdzie indziej” i jak rozwiązać ten konflikt?
O syndromie NIMBY, czyli społecznym sprzeciwie wobec inwestycji, które uznajemy za potrzebne dopóki nie mają powstać w naszym bezpośrednim sąsiedztwie rozmawiamy z Łukaszem Paszkiewiczem, prawnikiem oraz Marcinem Cabajem, prezesem Zbiornicy Skórzec. Zjawisko to najczęściej kojarzy się ze spalarniami, oczyszczalniami, biogazowniami, liniami energetycznymi czy dużymi inwestycjami infrastrukturalnymi. Można je również obserwować przy planach rozwoju energetyki jądrowej. Dlaczego tak często protestujemy przeciwko infrastrukturze, bez której współczesne państwo, gospodarka i lokalne społeczności nie mogą sprawnie funkcjonować?

Jakie prawa mają mieszkańcy, którzy sprzeciwiają się inwestycji planowanej w ich sąsiedztwie i na jakich etapach postępowania mogą skutecznie zgłaszać swoje uwagi?
Łukasz Paszkiewicz – prawnik: Mieszkańcy nie są bezsilni wobec inwestycji planowanych w ich otoczeniu. Prawo daje im konkretne narzędzia ochrony swoich interesów – przede wszystkim prawo do informacji, udziału w postępowaniu administracyjnym oraz możliwość składania uwag, wniosków i odwołań. Kluczowe jest jednak rozróżnienie między sprzeciwem wobec samego faktu powstania inwestycji a realnym naruszeniem praw mieszkańców. Państwo musi chronić prawo własności i prawo do spokojnego korzystania z nieruchomości, ale jednocześnie nie może dopuścić do sytuacji, w której każda inwestycja zostaje zablokowana wyłącznie przez protest grupy osób, nawet jeśli spełnia wszystkie wymagania prawne. Największe znaczenie mieszkańcy mają na wczesnym etapie procesu – przy procedurze planistycznej, konsultacjach społecznych, postępowaniu środowiskowym czy wydawaniu decyzji administracyjnych. Im wcześniej zgłoszone zostaną konkretne argumenty, tym większa szansa, że zostaną one uwzględnione.
Czy obowiązujące przepisy zapewniają właściwą równowagę pomiędzy prawem mieszkańców do bezpieczeństwa i komfortu życia a interesem publicznym związanym z budową niezbędnej infrastruktury?
Łukasz Paszkiewicz: Obecny system prawny co do zasady stara się zachować tę równowagę, ale w praktyce wciąż mamy problem z przewlekłością procedur i brakiem jasnych granic między prawem do udziału społeczeństwa a możliwością skutecznego blokowania inwestycji. Prawo mieszkańców do bezpieczeństwa, ochrony środowiska czy spokojnego życia jest fundamentalne i nie może być ignorowane. Z drugiej strony państwo ma obowiązek realizować inwestycje potrzebne całemu społeczeństwu – drogi, energetykę, infrastrukturę mieszkaniową czy obiekty użyteczności publicznej.
Nie możemy budować modelu, w którym interes jednostkowy zawsze automatycznie wygrywa z interesem wspólnoty. Silne państwo prawa powinno chronić obywatela, ale jednocześnie musi mieć zdolność do podejmowania decyzji strategicznych i realizowania inwestycji ważnych dla rozwoju kraju.
Jakie znaczenie prawne mają protesty, petycje i sprzeciw społeczny, jeżeli inwestycja spełnia normy środowiskowe, sanitarne i techniczne oraz uzyskała wymagane decyzje?
Łukasz Paszkiewicz: Sam protest społeczny nie jest decyzją administracyjną i nie może automatycznie zatrzymać inwestycji, która została przeprowadzona zgodnie z obowiązującymi przepisami. Protesty, petycje czy stanowiska mieszkańców są jednak ważnym elementem debaty publicznej i mogą mieć znaczenie na etapie konsultacji oraz oceny skutków inwestycji. W państwie prawa ostatecznie decydują przepisy i procedury, a nie wyłącznie emocje społeczne – zarówno po stronie zwolenników, jak i przeciwników inwestycji. Jeżeli inwestor spełnił wszystkie wymagania, uzyskał prawomocne decyzje i nie narusza prawa, to sama niechęć części mieszkańców nie powinna być podstawą do wieloletniego blokowania przedsięwzięcia. Jednocześnie sprzeciw społeczny często pełni funkcję kontrolną – może ujawnić problemy, które wcześniej nie zostały dostrzeżone przez administrację lub inwestora.
Czy nawet pojedyncze odwołania lub skargi mogą zatrzymać inwestycję na wiele lat? Jak w praktyce wygląda ścieżka od decyzji środowiskowej do postępowania przed sądem administracyjnym?
Łukasz Paszkiewicz: Tak, w praktyce pojedyncze odwołania lub skargi mogą znacząco wydłużyć proces inwestycyjny. Wynika to z wieloetapowości procedur administracyjnych i możliwości korzystania przez strony z kolejnych środków prawnych. Typowa ścieżka rozpoczyna się od uzyskania decyzji środowiskowej, następnie mogą pojawić się kolejne decyzje – na przykład dotyczące lokalizacji, warunków zabudowy czy pozwolenia na budowę. Od każdej z nich uprawnione strony mogą składać odwołania, a po wyczerpaniu drogi administracyjnej możliwe jest skierowanie sprawy do sądu administracyjnego.
Kontrola sądowa jest bardzo ważnym elementem państwa prawa, ale problem pojawia się wtedy, gdy procedury stają się narzędziem przewlekania inwestycji bez realnych podstaw merytorycznych. W interesie obywateli i państwa jest, aby sądy skutecznie kontrolowały legalność decyzji, ale jednocześnie aby sprawy były rozstrzygane w rozsądnym terminie.
Jakie zmiany prawne mogłyby usprawnić realizację inwestycji ważnych dla państwa i lokalnych społeczności, nie ograniczając jednocześnie prawa mieszkańców do informacji, konsultacji i odwołania?
Łukasz Paszkiewicz: Potrzebujemy przede wszystkim większej przewidywalności prawa i sprawniejszych procedur. Inwestorzy – zarówno publiczni, jak i prywatni – muszą wiedzieć, jakie są wymagania i ile realnie potrwa proces administracyjny. Nie chodzi o ograniczenie praw mieszkańców, ale o ich uporządkowanie. Prawo do informacji, konsultacji i odwołania powinno pozostać nienaruszalne, jednak należy przeciwdziałać sytuacjom, w których procedury są wykorzystywane wyłącznie do blokowania inwestycji. Dobrym kierunkiem byłoby większe wykorzystanie mediacji na etapie lokalnym, wcześniejsze i bardziej transparentne konsultacje oraz jasne określenie, które argumenty mogą mieć wpływ na decyzję administracyjną, a które są wyłącznie wyrazem niezadowolenia.
Państwo musi znaleźć równowagę: obywatel powinien mieć realną ochronę przed błędnymi decyzjami władz, ale wspólnota nie może być zakładnikiem interesu pojedynczych osób. Sprawne państwo i poszanowanie praw obywatelskich nie są wartościami sprzecznymi – przeciwnie, jedno bez drugiego nie funkcjonuje prawidłowo.

Dlaczego zakłady przetwarzające uboczne produkty pochodzenia zwierzęcego są potrzebne z punktu widzenia bezpieczeństwa sanitarnego, ochrony środowiska i funkcjonowania gospodarki? Co stałoby się z tym materiałem, gdyby takich instalacji zabrakło?
Marcin Cabaj, prezes Zbiornicy Skórzec - firmy przetwarzającej UPPZ (uboczne produkty pochodzenia zwierzęcego), która boryka się z oporem lokalnej społeczności protestującej przeciwko rozbudowie zakładu: Trzeba zacząć od podstawowej kwestii: uboczne produkty pochodzenia zwierzęcego powstają każdego dnia i niezależnie od tego, czy chcemy mieć w swoim otoczeniu zakłady zajmujące się ich odbiorem i zagospodarowaniem. Powstają w gospodarstwach, ubojniach, zakładach mięsnych i całym sektorze rolno-spożywczym. Tego materiału nie można po prostu wyrzucić razem ze zwykłymi odpadami czy pozostawić bez odpowiedniego zabezpieczenia. Nasza działalność jest jednym z elementów systemu bezpieczeństwa sanitarnego. Materiał musi zostać odebrany, właściwie zabezpieczony, przewieziony i przekazany do dalszego zagospodarowania zgodnie z obowiązującymi wymaganiami. Jest to ważne zarówno z punktu widzenia bezpieczeństwa weterynaryjnego, jak i ochrony gleby, wód czy całego środowiska. Czasami w dyskusji publicznej można odnieść wrażenie, że jeżeli nie będzie zakładu zajmującego się UPPZ, to problem zniknie. Jest dokładnie odwrotnie. Padłe zwierzęta czy pozostałości poubojowe nadal będą powstawały. Pytanie brzmi tylko: co się z nimi stanie?
Bez sprawnego systemu odbioru trzeba byłoby je dłużej przechowywać w miejscu powstawania albo transportować na znacznie większe odległości. W skrajnym przypadku wzrosłoby również ryzyko niewłaściwego lub nielegalnego zagospodarowania. Dlatego uważam, że trzeba patrzeć na takie przedsiębiorstwa nie tylko przez pryzmat charakteru materiału, z którym pracują, ale przede wszystkim przez pryzmat problemu, który rozwiązują. To jest działalność mało efektowna i z oczywistych powodów nie budzi pozytywnych skojarzeń, ale niezbędna dla prawidłowego funkcjonowania rolnictwa, przemysłu spożywczego i systemu bezpieczeństwa sanitarnego.
Dlaczego inwestycje, które pełnią ważną funkcję publiczną i gospodarczą, tak często budzą sprzeciw lokalnych społeczności, gdy mają powstać lub zostać rozbudowane w ich najbliższym otoczeniu?
Marcin Cabaj: Rozumiem ten mechanizm. Z perspektywy przedsiębiorcy możemy mówić o bezpieczeństwie sanitarnym, gospodarce, potrzebach rolnictwa czy całego regionu. Mieszkaniec patrzy jednak przede wszystkim przez okno własnego domu i zastanawia się, co konkretna inwestycja oznacza dla niego i jego rodziny. Czy będzie większy ruch? Czy pojawią się zapachy? Czy będzie głośniej? Czy inwestycja wpłynie na komfort życia? To są naturalne pytania. Problem zaczyna się wtedy, gdy brakuje rzetelnej informacji, a jej miejsce zajmują przypuszczenia. Przy działalności związanej z ubocznymi produktami pochodzenia zwierzęcego dochodzą jeszcze bardzo silne skojarzenia emocjonalne. Samo określenie „padłe zwierzęta” może powodować obawy. Dlatego rolą przedsiębiorcy nie powinno być obrażanie się na mieszkańców za to, że pytają lub mają wątpliwości. Naszą rolą powinno być pokazanie, jak zakład rzeczywiście funkcjonuje, jakie zabezpieczenia stosujemy, jaki jest cel inwestycji i co konkretnie ma się zmienić po jej realizacji. Jednocześnie oczekiwałbym, żeby dyskusja odbywała się na podstawie faktów. Sprzeciw jest prawem mieszkańców, ale przedsiębiorca również powinien mieć możliwość przedstawienia swoich argumentów i wyjaśnienia, jakie skutki może mieć zarówno realizacja, jak i zablokowanie inwestycji.
Czy mieszkańcy sprzeciwiają się zazwyczaj samej inwestycji, czy bardziej obawiają się jej codziennego funkcjonowania: zapachów, transportu, hałasu, ryzyka środowiskowego lub wpływu na komfort życia? Jak wygląda to w przypadku Zbiornicy Skórzec?
Marcin Cabaj: Moim zdaniem mieszkańcy przede wszystkim obawiają się tego, co inwestycja może oznaczać dla ich codziennego życia. Sam budynek czy urządzenie nie jest przecież problemem. Problemem może być to, co potencjalnie będzie się z nim wiązało. W naszym przypadku najczęściej pojawiają się pytania dotyczące zapachów, transportu, sposobu magazynowania materiału czy bezpieczeństwa środowiskowego. I nie zamierzam twierdzić, że mieszkańcy nie mają prawa o to pytać – mają. Natomiast bardzo ważne jest odróżnienie obawy przed potencjalnym skutkiem od stwierdzenia, że taki skutek na pewno wystąpi. To są dwie zupełnie różne rzeczy.
Jeżeli mówimy o modernizacji czy rozwoju Zbiornicy Skórzec, chciałbym, żebyśmy rozmawiali o konkretnych rozwiązaniach. Co zostanie zmienione? Jak będzie zabezpieczony materiał? Jakie technologie będą wykorzystywane? Jaki będzie wpływ inwestycji na transport, zapach czy hałas? Nie możemy prowadzić poważnej rozmowy wyłącznie wokół słowa „rozbudowa”, bo dla jednej osoby będzie ono oznaczało rozwój przedsiębiorstwa, a dla innej automatycznie wielokrotne zwiększenie wszystkich uciążliwości. Trzeba pokazać konkrety.
Które obawy mieszkańców należy uznać za uzasadnione i wymagające konkretnej odpowiedzi inwestora, a które częściej wynikają z braku wiedzy, stereotypów lub negatywnych skojarzeń związanych z charakterem działalności zakładu?
Marcin Cabaj: Każdą konkretną obawę dotyczącą wpływu zakładu na otoczenie należy potraktować poważnie. Jeżeli mieszkaniec pyta o zapach, transport, hałas, ścieki, zabezpieczenie materiału czy procedury awaryjne, inwestor powinien umieć odpowiedzieć. I nie chodzi o odpowiedź: „proszę się nie martwić”. Taka odpowiedź nikogo dzisiaj nie przekona. Trzeba pokazać rozwiązanie techniczne, procedurę, wyniki kontroli czy dane.
Jednocześnie charakter naszej działalności powoduje, że funkcjonuje wokół niej wiele negatywnych skojarzeń. Materiał pochodzenia zwierzęcego, szczególnie padłe zwierzęta, naturalnie budzi emocje. Właśnie po to istnieją wyspecjalizowane przedsiębiorstwa i szczegółowe przepisy, żeby ten materiał nie znajdował się w przypadkowych miejscach i nie był zagospodarowywany w sposób niekontrolowany. Nie zgodziłbym się więc z podejściem, że skoro zakład zajmuje się UPPZ, to z definicji musi być zagrożeniem dla otoczenia. O tym, czy działalność jest bezpieczna, powinny decydować standardy techniczne, sposób prowadzenia procesów, kontrole i faktyczne oddziaływanie, a nie samo wyobrażenie o rodzaju materiału.
Jak protesty społeczne wpływają na funkcjonowanie firmy, przebieg procesu inwestycyjnego, jego koszty oraz możliwość rozbudowy i modernizacji instalacji?
Marcin Cabaj: Każdy przedłużający się konflikt społeczny ma dla przedsiębiorstwa konkretne konsekwencje. Proces inwestycyjny staje się dłuższy, mniej przewidywalny i droższy. Pojawiają się kolejne analizy, ekspertyzy, procedury administracyjne czy odwołania. Największym problemem z punktu widzenia przedsiębiorstwa jest niepewność. Modernizacji zakładu nie planuje się z miesiąca na miesiąc. To są decyzje dotyczące dużych nakładów finansowych, technologii, dostawców i funkcjonowania przedsiębiorstwa przez kolejne lata.
Jeżeli proces trwa bardzo długo i nie wiadomo, czy inwestycja będzie mogła zostać zrealizowana, trudno podejmować kolejne decyzje rozwojowe. Nie twierdzę przy tym, że protest mieszkańców jest czymś, co należy ignorować. Jeżeli w jego wyniku projekt zostanie lepiej przeanalizowany, pojawią się dodatkowe zabezpieczenia albo poprawi się komunikacja z otoczeniem, może to mieć pozytywny efekt. Problem pojawia się wtedy, gdy przestajemy rozmawiać o konkretnych rozwiązaniach, a celem staje się samo zablokowanie jakiejkolwiek zmiany.
Czy blokowanie inwestycji może prowadzić do paradoksalnej sytuacji, w której firma nie jest w stanie wdrożyć nowocześniejszych technologii ograniczających uciążliwości i zwiększających bezpieczeństwo zakładu?
Marcin Cabaj: Tak, i jest to jeden z najważniejszych problemów w tego typu dyskusjach. Modernizacja zakładu nie musi oznaczać wyłącznie zwiększenia jego możliwości. Bardzo często inwestycja jest również okazją do zastosowania nowych technologii: lepszego zabezpieczenia materiału, hermetyzacji procesów, poprawy wentylacji, ograniczenia emisji zapachów, skrócenia czasu magazynowania czy zwiększenia bezpieczeństwa środowiskowego.
Jeżeli z góry zablokujemy każdą inwestycję dlatego, że jest „rozbudową”, możemy doprowadzić do sytuacji, w której przedsiębiorstwo będzie zmuszone funkcjonować w oparciu o starszą infrastrukturę. Oczywiście inwestor musi uczciwie powiedzieć również o drugiej stronie. Jeżeli wraz z modernizacją wzrasta skala działalności, mieszkańcy mają prawo wiedzieć, o ile wzrośnie, czy będzie więcej samochodów i jaki będzie ostateczny bilans oddziaływania na otoczenie. Dlatego chciałbym, żebyśmy oceniali inwestycję nie na podstawie jej nazwy, ale na podstawie porównania: jak zakład działa dzisiaj i jak będzie działał po modernizacji. Jeżeli potrafimy wykazać, że określone uciążliwości zostaną ograniczone, pokażmy to mieszkańcom w sposób możliwy do zweryfikowania.
Jak powinien wyglądać dialog pomiędzy inwestorem, samorządem i mieszkańcami, aby rozpoczął się jeszcze przed eskalacją konfliktu? Co powinien zrobić odpowiedzialny inwestor?
Marcin Cabaj: Uważam, że podstawą jest transparentność. Im mniej informacji otrzymują mieszkańcy, tym więcej przestrzeni pozostaje na domysły, plotki i obawy. Trudno mieć o to pretensje do ludzi, jeżeli nie dostali wcześniej jasnego wyjaśnienia, co dokładnie ma powstać obok ich domów. Inwestor powinien pokazać projekt, wyjaśnić cel inwestycji i przedstawić możliwie konkretnie jej skutki. Nie tylko korzyści dla przedsiębiorstwa, ale również konsekwencje dla otoczenia. Jeżeli mieszkańcy obawiają się zapachu – pokażmy, jakie rozwiązania mają go ograniczać. Jeżeli pytają o ciężarówki – przedstawmy przewidywaną liczbę transportów i trasy przejazdu. Jeżeli obawiają się awarii – pokażmy procedury bezpieczeństwa. A jeśli deklarujemy, że modernizacja poprawi sytuację, powinniśmy być gotowi później zweryfikować tę deklarację za pomocą danych i pomiarów.
Bardzo ważną rolę widzę również po stronie samorządu. Samorząd powinien tworzyć przestrzeń, w której obie strony mogą rozmawiać na podstawie tych samych informacji. Nie powinien automatycznie stawać ani po stronie inwestora, ani po stronie protestujących, ale pomagać w wypracowaniu rozwiązań zabezpieczających interes lokalnej społeczności i umożliwiających zgodne z prawem funkcjonowanie przedsiębiorstwa.
Ze strony inwestora potrzebna jest również gotowość do słuchania. Dialog nie może polegać na tym, że przychodzimy na spotkanie z gotową prezentacją, przez godzinę tłumaczymy mieszkańcom, dlaczego nie mają racji, a potem uznajemy konsultacje za zakończone. Jeżeli konkretna obawa mieszkańców może zostać ograniczona poprzez zmianę technologiczną, organizację transportu czy dodatkowe zabezpieczenie, należy poważnie rozważyć takie rozwiązanie. Chciałbym, żeby również w przypadku Zbiornicy Skórzec rozmowa zmierzała właśnie w tę stronę. Nie oczekujemy, że mieszkańcy będą bezwarunkowo akceptowali każdą naszą decyzję. Oczekujemy natomiast możliwości rozmowy o faktach, rozwiązaniach technicznych i rzeczywistych skutkach inwestycji. Jako przedsiębiorca jestem przekonany, że można pogodzić rozwój zakładu z odpowiedzialnością wobec jego otoczenia. Warunkiem jest jednak wzajemna gotowość do dialogu. Firma musi być gotowa pokazać, co robi i w jaki sposób ogranicza swoje oddziaływanie. Mieszkańcy powinni mieć możliwość zadawania trudnych pytań i uzyskiwania konkretnych odpowiedzi. Ostatecznie mamy wspólny interes: zakład powinien wykonywać potrzebną społecznie i gospodarczo pracę, ale powinien robić to w taki sposób, aby jego funkcjonowanie było możliwie najmniej uciążliwe dla ludzi, którzy mieszkają w jego sąsiedztwie.
Reklama
| # | Наименование новости | Тональность | Информативность | Дата публикации |
|---|---|---|---|---|
| 1 | Politycy karmią nas fikcją. Za sztuczną obniżkę cen paliw i tak zapłacimy | 0 | 6.94 | 24-03-2026 |
| 2 | Tak ograniczyli problem „ostatniej mili” za granicą. Polskie miasta zachowują dystans | 0 | 8.94 | 07-07-2026 |
| 3 | Ogłoszono datę referendum. Mieszkańcy chcą odwołać wójta Szaflar | 0 | 3.04 | 18-08-2026 |
| 4 | Koniec z szambami. Są pieniądze na przydomowe oczyszczalnie ścieków | 0 | 7.94 | 17-09-2026 |
| 5 | Hulajnogi nie wygryzą miejskich rowerów. Rozwój sytuacji może być zaskakujący | 0 | 9.17 | 20-08-2026 |
| 6 | Budynek klasy A, zasięg klasy C. Nowe biurowce mają problem | 0 | 8.59 | 24-08-2026 |
| 7 | Warszawa szykuje się na ekstremalną pogodę. „Nie czekamy, aż drzewa dorosną” | 0 | 8.57 | 25-09-2026 |
| 8 | Najem zmieni się we własność. Powstają mieszkania dla tych, których nie stać na kredyt | 0 | 9.62 | 01-07-2026 |
| 9 | Nie będzie milionowej dotacji na spalarnię od NFOŚiGW. Miasto się odwołuje | 0 | 8.14 | 25-07-2026 |